Władysław Reymont ,,Dziady” cz.1-Jesień nr.III

Pies

Kuba przesuwał w palcach koronkę i modlił się długo, a biegał oczami po podwórzu, po oknach chałupy, po sadzie omroczonym jeszcze na dole, po jabłonkach, obwieszonych jabłkami niby pięście; rzucił czymściś do budy, co stała zaraz koło drzwi, w biały łeb Łapy, aż pies zawarczał, zwinął się i spał dalej. — Ale, do samego słońca spał będziesz, jucho! — i rzucił w niego raz, drugi, że pies wylazł, przeciągał się, ziewał, machał ogonem, przysiadł w podle i jął się drapać i czynić zębami w gęstych kudłach porządek. …I ochfiaruję ten pacierz Tobie i wszystkim świętym. Amen! — Bił się długo w piersi, a powstając, rzekł do Łapy: — Hale! aligant jucha, wybiera se pchły kiej baba na wesele!

Zwierzęta

Wyminął go i zajrzał do źróbki, co stała przy ścianie samej i już z daleka wyciągała do niego kasztanowaty łeb ze strzałką białą na czole i rżała cicho. — Cichoj, mała, cichoj! Podjedz se ano, bo pojedziesz z gospodarzem do miasta! — Uwił kłak siana i wyczyścił jej bok zawalany. — Tyla klacz, że już do ogiera czas, a świniaś. Utytlesz się zawdy kiej maciora — pogadywał wciąż i poszedł do chlewów wypuścić świnie, bo kwiczały, a Łapa chodził za nim i zaglądał mu w oczy. — Zjadłbyś i ty, co? To naści–że chlebaszka, naści! — Wyjął zza pazuchy kawałek i rzucił, pies pochwycił i schował się do budy, bo świnie ano leciały mu wydrzeć. — Hale, te swynie to kiej człowiek niektóry, aby ino chycić cudze i zechlać… Zajrzał do stodoły i długo patrzył na wiszącą u belki krowę.

Ptaki

Witek siedział na progu obory i podrapywał się zajadle, i przeziewał, a że wróble poczęły zlatywać z dachów do studni i trzepać się w korycie, to przyniósł drabkę⁴⁵ i wlazł pod okap zajrzeć do gniazd jaskółczych, bo cicho tam jakoś było. — Pomarzły czy co? I jął wyciągać delikatnie pomorzone ptaszki i kłaść je za pazuchę. — Kuba, wiecie, nie żyją, o! — Pobiegł do parobka i pokazywał sztywne, pogasłe jaskółki.

Ojciec i syn

— Spokojnego oczymgnienia nie ma, ino kłyżnij się⁴⁸ ze wszystkimi! — myślał i wziął się do obleczenia, ale zły był i zgryziony. Jakże, ciągła wojna z synem, słowa nie można rzec, bo zaraz do oczów z pazurami skacze albo rzeknie coś, co jaże we wątpiach poczujesz. Na nikogo się spuścić, ino haruj i haruj! Złość w nim zbierała, aż poklinał z cicha i rzucał szmatami po izbie a butami. — Słuchać się powinny, a nie słuchają! Czemu to? — myślał. — Widzi mi się, co bez kijaszka z nimi obyć się nie obędzie, bez twardego!

Prawda

— Prawdę?… Samą czystą kiej szkło prawdę rzeknę, rzetelnie powiem, kieగ na spowiedzi, kieగ gospodarz do gospodarzy, kiej swój do swojaków, bom gospodarz z dziada pradziada, a nie komornik, nie prefesjant jaki abo i jenszy miescki zdzier. To tak było. — Patrz dobrze w głowę, byś czegój nie przepomniał — radziła. — Nie przepomnę, Magduś, nie. To było tak. Szedłem se… a baczę, że to rychtyk zwiesna była… i za Wilczym Dołem, wedłe Borynowej koniczyny… idę se i mówię pacierz, bo na ten przykład przedzwonili już na Anioł Pański… nocka też szła… idę se… jaż tu słyszę: głos nie głos?… Loboga, myślę se: chrząka albo i nie chrząka?

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij